Pogląd na temat aborcji bywa czasem zaliczany do kategorii „kwestii światopoglądowych”. Są to tego typu kwestie, których nie da się rozstrzygnąć obiektywnie i jednoznacznie już z samej definicji. Jeśli bowiem dwóch patrząc na to samo widzi co innego, wiadomo że rozstrzygnięciem może być tylko skakanie sobie do oczu. Trzeba by charyzmy Adama Michnika by podjąć się w takich razach argumentacji na korzyść własnego poglądu nie przekraczając przy tym granicy dopuszczalnego nacisku na subtelną i autonomiczną sferę światopoglądu adwersarza. Nie dziwota przeto, że w kwestiach światopoglądowych raczej się nie dyskutuje tylko przedstawia stanowiska ewentualnie podparte danymi statystycznymi (że np. osoby starsze, gorzej wykształcone, niezamożne i zamieszkujące zabite dechami wiochy skłaniają się raczej ku poglądowi A, zaś osoby...i.t.d.). Czy taka klasyfikacja jest słuszna, czy uzasadniona, czy korzystna i dla kogo nie będę tu pisał. Brak mi bowiem tej błogosławionej mieszanki autorytetu i empatii, która daje legitymację do zabierania głosu w sprawach delikatnych a ważnych. Brak mi do tego stopnia, że nawet tak ogólnie się tym nie zajmę.

Pozostając na wyznaczonym przez polityczną poprawność gruncie subiektywizmu chcę zastanowić się, jaki wpływ na sposób oceny aborcji ma wrażliwość. Co to jest? Ano po prostu zwykła, ludzka wrażliwość. Nie wiem jak to lepiej nazwać i eksperymentalnie definicję pozostawię Wam. Ciekawe, czy społeczna konotacja tego terminu jest na tyle jednolita, że się zrozumiemy?

Najbardziej bodaj znaną postacią ze środowiska lewicowych intelektualistów (piszę „intelektualistów” w znaczeniu jakiego używa się w Stanach, czyli w odniesieniu do wszelkiego rodzaju ludzi zarabiających pracą umysłową), czynnie działającą przeciw praktyce aborcyjnej jest prof. Bernard Nathanson. Ten ginekolog, aktywista i praktyk aborcyjny diametralnie zmienił swoje poglądy po wprowadzeniu do badań prenatalnych ultrasonografu. Co go więc przekonało? Czy wcześniej wyjmując płody w kawałkach nie wyobrażał sobie jak wyglądają w całości? Nie miał pojęcia, że się poruszają? Będąc światowej sławy ginekologiem zobaczył na ekranie USG coś nowego, o czym wcześniej nie miał pojęcia? Wątpię. Myślę raczej, że to co zobaczył w połączeniu z „suchą” choć rozległą wiedzą jaką posiadał w zakresie życia prenatalnego dotknęło go właśnie jako człowieka. Na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku Nathanson był z pewnością jednym z pierwszych i nielicznych ginekologów praktykujących aborcję mających dostęp do najnowocześniejszej aparatury, ale też z całą pewnością nie jedynym. Dlaczego więc akurat on zareagował tak radykalnie? Przecież ze względu na swoją wysoką pozycję uzyskaną także dzięki zaangażowaniu na rzecz aborcji ryzykował więcej niż każdy inny jego kolega po fachu. Tu dotykamy właśnie kwestii wrażliwości. Jako lekarz i naukowiec mógł nadal rozwijać swoją dotychczasową działalność. Jako człowiek nie był już w stanie tego robić. Nie pozwalała mu zwykła ludzka wrażliwość.

Inną znaną postacią, tym razem z panteonu europejskich elit intelektualnych, o którą chcę przypomnieć jest Karin Struk. Radykalna feministka, członkini partii komunistycznej, pisarka i „pupil niemieckiej krytyki literackiej” (www.obcasy.pl) zachodzi w ciążę i dokonuje aborcji. Wszystko więc jest w porządku, jednak tylko do czasu. Jak twierdzą feministki (www.federa.org.pl) syndrom poaborcyjny nie istnieje i dlatego właśnie został wymyślony. Jeśli to prawda bezsprzecznie wymyśliła go właśnie Krin Struk. Wymyśliła i zaraz przetestowała na sobie. W roku 1975, kiedy miała miejsce aborcja Karin nikt nie mówił o „syndromie poaborcyjnym”. Faktycznie nie istniał. Po co więc go „wymyślała”? Ani „siostry” feministki, ani postępowa śmietanka nigdy jej nie wybaczyły tego „wynalazku”."W jednym momencie złamałam tak wielkie tabu, że stałam się wyrzutkiem. Już nie należałam do cywilizacji, stałam na środku pustyni" (www.obcasy.pl)- powie po latach o sytuacji, w jakiej się znalazła. Prof. Nathanson mógł nadal wykonywać swój zawód i mimo licznych nacisków (z groźbami zabójstwa włącznie), po zmianie opinii na temat aborcji prowadził normalne życie. Karin Struk była pisarką. Po aborcji zapadła w stan pogłębiającej się depresji, z którą nie potrafiła sobie poradzić. Na pomoc swojego środowiska nie tylko nie mogła liczyć, ale wręcz doświadczała ze strony dawnych „towarzyszek” i „sióstr” oznak wrogości. Była izolowana. Żadne wydawnictwo nie chciało wydać jej książek. Nawet jeśli to Karin Struk wymyśliła syndrom poaborcyjny, to trzeba uczciwie przyznać, że nie sama. Indywidualne doświadczenia kobiety po dokonaniu aborcji są bowiem dopełniane przez kompleks społecznych nacisków i sankcji, których utrzymanie i wzmocnienie jest szczególną zasługą organizacji działających „na rzecz kobiet”.

Na koniec dwa przykłady szczególnie mi bliskie. Raz dlatego, że „z własnego podwórka”, dwa- ponieważ bez żadnego dramatycznego tła, trzy- przez szczególny sentyment, jakim się darzy wzruszenia z lat młodości. Moje tkliwe, młodzieńcze emocje są związane z muzyką i właśnie teksty dwójki znanych, niezależnych muzyków chcę przytoczyć na koniec.

Maciej Maleńczuk nie należy do grona sławnych muzycznych konwertytów spod znaku Litzy. To on jednak jest autorem jedynego chyba i genialnego songu o aborcji. „Alicja” (cała zresztą płyta „Cały ten seks”) razem z „Nelsonem Mandelą”, „Panem Maleńczukiem” i paroma innymi piosenkami zapewnia Maleńczukowi miejsce na artystycznym Olimpie niezależnie, czy zrobi jeszcze coś ciekawego, czy poprzestanie na dancingowej szmirze. Ale to tylko taka moja dyletancka dygresja. Pardon, wracam do tematu. „Alicja” to piosenka o drobnomieszczańskim zakłamaniu, o bezrefleksyjnym, pozbawionym właśnie wrażliwości przeżywaniu spraw najważniejszych. Żeby taki tekst napisać, trzeba patrzeć na świat z perspektywy ulicznego barda, pogardzanego przez tych sytych i zadowolonych z siebie mieszczuchów, których siłą jest, że potrafią się nie przejmować niczym i nikim poza sobą.

Kiedy Kasia Nosowska śpiewa „tu matka wyrzuca / na śmietnik dziecko swe / twierdząc że/.../ zamawiała przecież zdrowe” (Mam na myśli) nie jest to projekcja żadnego „światopoglądu”. To ta cudowna, kobieca wrażliwość (/nadwrażliwość) emanująca ze wszystkich tekstów Kasi. Jest też piosenka „Zmieniam się” będąca wzruszającym zapisem intymnej więzi między matką a dzieckiem, które dopiero rozwija się w jej wnętrzu. Bardzo bym chciał, aby szczególnie kobiety obarczone i przygniecione ciężarem życiowych problemów mogły przeżywać ten niezwykły czas tak, jak o tym śpiewa Kasia Nosowska. To piękno i delikatność z piosenek nie jest wytworem sentymentalnej głupoty. To jest fundamentalne dobro, które musimy chronić jeśli jest w nas odrobina ludzkiej wrażliwości.


Zamykanie problemu aborcji w szufladce z napisem „kwestia światopoglądowa” nie wyjaśnia niczego. Sztucznie oswaja aborcję, sugerując, że jest to zjawisko mieszczące się w ramach normalności. Od światopoglądu człowieka zależy, czy ją toleruje, czy nie. Może i tak. Ale od jego wrażliwości zależy, czy widzi jej nieludzki charakter.